To jest jedna z tych gier, które zostają na koncie na lata. U mnie Settlement Survival zaczynało jeszcze w early access, później było krótkie podejście do wersji pełnej, aż w końcu — całkiem niedawno — wróciłem do niej ponownie. I muszę powiedzieć wprost: to nadal bardzo mocny City Builder, który broni się mechaniką, a nie opowieścią.
Nie ma tu klasycznej fabuły. Jest za to sandboxowa grywalność. Zaczynamy od grupy ludzi, którzy postanawiają odejść z dużego miasta i zbudować własną osadę. Cała historia dzieje się sama — poprzez decyzje gracza, warunki, błędy i małe sukcesy. Nie ma presji narracyjnej, nie ma epickości na siłę. Jest za to utrzymanie i rozwój osady, i to działa zaskakująco dobrze.
Ogromną zaletą gry jest to, że świat żyje. Mamy dzień i noc, pory roku, pogodę, ale też żywioły, które potrafią nawiedzić naszą wioskę — pożary, stopniowe niszczenie się budynków, ich zużywanie i konieczność napraw. To zmusza do myślenia długofalowego, a nie tylko stawiania kolejnych obiektów.
Każda rozgrywka wygląda inaczej, bo mapy są generowane losowo. Za każdym razem zaczynamy z innym układem terenu i innymi problemami. Do tego dochodzą różne strefy klimatyczne — możemy trafić na klasyczne mapy albo takie z palmami, innymi zasobami i innymi wymaganiami mieszkańców. Klimat realnie wpływa na tempo i styl rozwoju osady.
Mieszkańcy mają swoje potrzeby, osada się starzeje, więc trzeba dbać o dzieci, warunki życia i nawet pochówki. Każdy drobny element jest ważny i wszystko jest ze sobą logicznie powiązane.
Bardzo mocnym punktem jest drzewko technologiczne. Zdobywamy punkty nauki i decydujemy, w którą stronę rozwija się miasto. Produkcja, edukacja, logistyka — wszystko zazębia się w sposób przemyślany. Możemy zwiększać lub zmniejszać produkcję, zatrudniać i zwalniać ludzi, reagować na bieżące potrzeby osady.
Nie wszystko da się po prostu wyprodukować. Czasem trzeba coś znaleźć, czasem oswoić zwierzę, czasem zdobyć nasiona. Jeśli czegoś brakuje — wchodzi handel. Karawany, kupcy i statki pozwalają sprzedawać nadwyżki i kupować to, czego nie mamy. I znowu: nic nie dzieje się od ręki. Kupisz dwie sztuki zwierząt — musisz czekać rok lub dwa, aż się rozmnożą.
Zwierzęta to nie tylko mięso. To też wełna, pióra, skóry, a nawet jedwabniki, dzięki którym produkujemy lepsze ubrania i podnosimy dobrobyt mieszkańców. Wszystko ma swoje zależności i sens w większym systemie.
Do tego dochodzi logistyka. Mamy kilka rodzajów dróg, a każda wpływa na szybkość poruszania się ludzi. Transport można usprawniać przez wózki, koszyki, plecaki i ich lepsze wersje. Małe rzeczy, ale robią ogromną różnicę w funkcjonowaniu miasta.
Wraz z rozwojem osady możemy też wybierać zarządców, którzy dają bonusy albo kary do rozwoju. To fajny system, bo nie ma jednej idealnej ścieżki — wszystko zależy od tego, jaką osadę chcemy budować.
Gra wygląda przyjemnie dla oka, bez przesady w detale, ale bardzo spójnie. Muzyka, dźwięki, klimat — wszystko jest lekkie, spokojne, idealne do sandboxowego budowania. I to jest trochę niebezpieczne, bo wczoraj odpaliłem grę na chwilę, a dwie godziny zniknęły. Ten efekt „jeszcze jeden mały rozwój” działa tu perfekcyjnie.
Settlement Survival to gra, która mimo upływu lat nadal świetnie się broni. Dzięki losowym mapom, żywiołom, rozbudowanym systemom, dobrej logistyce i sensownemu balansowi rozgrywka po prostu wciąga. Jeśli w 2026 roku nie macie w co grać, a lubicie City Buildery i sandboxy — warto do niej wrócić.
Krótko mówiąc: polecam, bo to jedna z tych gier, które nie krzyczą „patrz na mnie”, tylko po cichu kradną kolejne godziny.
Wszelkie Prawa Zastrzeżone.
Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu